Dziennik #94/2026 - wizyta u lekarza

Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Mizernie spałam, bo nadal źle się czuję. W nocy zawsze jest najtrudniej. Wieczorem i w nocy. Rano jednak dziarsko wstałam i pojechałam do pani doktor. Długo u niej siedziałam. Powiedziałam jej wszystko. O lękach, niepokojących myślach, beznadziei, smutku, rozpaczy, pustce, bezsenności, zaburzonym odżywianiu, wszystko. I trochę miałam taką postawę pod tytułem "mi już opadają ręce, zrób coś pani". No i zrobiła. Zabrała mi jeden lek, na który ewidentnie mój organizm nie wykazuje żadnej reakcji i dorzuciła mi antydepresant. Ja nawet w depresji nie biorę antydepresantów, bo one mają to do siebie, że przy dwubiegunówce może [nie musi] mnie wyjebać zaraz w manie, ale pani doktor uznała, że mój stan jest tak niepokojący, że trzeba działać, żeby nie dopuścić do tego co było rok temu, że wylądowałam w psychiatryku. Poza tym dostałam pierwszy raz w życiu lek nasenny. Nigdy mi ich nie przepisywała, bo one uzależniają, a z moją historią uzależnień nie jest wskazane narażanie się, ale nie ma wyboru już. Dostałam wytyczne, że mam je brać doraźnie, ale nie częściej niż dwa razy w tygodniu. Postaram się.
Po lekarzu wpadłam na chwilę do domu i pojechałam na kawę z kumpelą. Nie miałam na to ochoty. Chciałam się schować pod kołdrą i walczyć o życie w zaciszu własnego mieszkania, ale ona potrzebowała rozmowy, więc jak zwykle postawiłam kogoś wyżej od siebie i byłam, trwałam, wysłuchałam. Po rozmowie zaległam w łóżku praktycznie do wieczora.
Wieczorem pojechałam na miting i było fajnie. Posiedzieliśmy w czwórkę z chłopakami i dzisiaj akurat tak wyszło, że rozmawialiśmy o przyjaźni. I jeden kolega był bardzo poruszony po tym jak opowiedziałam ile dla mnie znaczy moja przyjaciółka. A znaczy wiele. Znaczy wszystko. Otworzyłam się przed chłopakami, że jestem w depresji, z którą kompletnie sobie nie radzę i poczułam się chociaż przez chwilę trochę mniej samotna, bo samotna się czuję strasznie od paru dni. Zawsze na każdej wojnie jestem sama tylko pytanie po co?
Boję się, że popłynę w nasenne, ale jestem tak bardzo zmęczona, że nie widzę innego rozwiązania niż wzięcie dzisiaj tabletki. Już dzisiaj rano leciała mi krew z nosa, a ja mięczakiem nie jestem, więc to idealnie obrazuje, że mój organizm ma powoli dość. Jakoś to będzie. W końcu się podniosę. Cieszę się, że pani doktor zdecydowała się na radykalne kroki z lekami, bo nie chcę czekać do momentu aż nie będzie czego zbierać. To, co przeraża mnie najbardziej na świecie w aktualnym momencie to fakt, że we wtorek mam kontrolę jak się czuję, a potem ona idzie na MIESIĘCZNY urlop. Wypisz wymaluj sytuacja z zeszłego roku, kiedy to podczas jej miesięcznego urlopu również w podobnym okresie rozsypałam się na tyle, że już tylko szpital.
Moje życie to żart. I to taki nieśmieszny, coś w stylu Śmiechu Warte czy inne gówno.
Do jutra.