Dziennik #93/2026 - terapia

absolutvision-smiley-2979107_1920.jpg

Źródło: Pixabay


Dobry wieczór.

Na początku tygodnia pisałam, że czuję się jakby wpadła do oceanu i tonęła. Przedwczoraj opisałam swój stan jako opadnięcie na dno oceanu, w którym tonęłam, a że nie umiem pływać no to game over. Pójdźmy jednak o krok dalej i żeby opisać mój dzisiejszy stan spokojnie mogę powiedzieć, że się na tym dnie zakopałam. Cóż..

Wczoraj wieczorem miałam już tak dość mojej bezsenności utrzymującej się od kilku dni, że wzięłam mocniejsze leki zamiast słabszych. Pospałam. Rano pojechałam do firmy, ale nie wchodziłam do niej. Zrobiliśmy pożegnanie pracownika, który odchodzi. Nie chciało mi się tam jechać, ale z racji tego, że był to wieloletni pracownik to uważam, że jako lider powinnam ją pożegnać. I to też uczyniłam. Po łzawym pożegnaniu pojechałam do Empiku zrealizować mój prezent urodzinowy od mojego zespołu. Pół godziny wybierałam książki, bo było tyle zajebistych, że najchętniej zostawiłabym tam wypłatę. Ostatecznie wybrałam trzy:

Katarzyna Czyż - Miej wyje**ne, będzie Ci dane. O trudnej sztuce odpuszczania.
James Clear - Atomowe nawyki. Drobne zmiany, niezwykłe efekty.
Erich Fromm - Anatomia ludzkiej destrukcyjności.

Chyba najbardziej ciekawi mnie ta trzecia pozycja. Pierwszą wzięłam, bo mi się spodobał tytuł, drugą, bo kilka osób mi ją polecało, ale ta trzecia realnie mnie zainteresowała opisem. Lubię czytać i trochę w książkach upatruję się ratunku dla mojego styranego depresją umysłu. Chociaż nie jestem do końca przekonana czy analiza psychologiczna i socjologiczna zła jest dobrym pomysłem na podniesienie się, ale już gorzej być nie może.

Po powrocie do domu leżałam w łóżku. Dopadł mnie totalny bezwład i beznadzieja. Przed 14 pojechałam na terapię i była to chyba najbardziej "fajna" sesja ever. Powiedziałam wprost, że się rozsypałam, powiedziałam o moich hipotezach co do przyczyn i robiłyśmy z panią psycholog ćwiczenia, które miały mi realnie pomóc. Jedno z nich wprowadziło mnie w konsternacje, ale jeśli ma pomóc.. I dostałam po głowie za izolowanie się od bliskich. Po głowie w cudzysłowie oczywiście, bo moja pani psycholog nie jest przemocowa.

Powrót do domu to już tak naprawdę leżenie na fotelu. Nie czuję się dobrze. Jeszcze nie chcę umrzeć, ale nie chcę tak żyć jak w tym momencie. Bardzo cierpię. Trochę miałam świadomość, że mogę się w tym okresie rozsypać, ale nie doceniłam siły rażenia stanu depresyjnego. Dużo rzeczy się na to nałożyło, ale no nie spodziewałam się, że aż tak przypierdolę ryjem w ziemię. Dużo nadziei mam względem jutra, ponieważ idę na kontrolę do psychiatry i głęboko wierzę, że moja pani doktor coś zaradzi na aktualną sytuację. Tylko, żeby ona mogła coś zaradzić to ja też muszę się wziąć w garść i zacząć dbać o to życie, a nie że ciągle nie jem, odwadniam się, nie śpię, grasuję po nocach w dziwnych miejscach z dziwnymi ludźmi, przepracowuję się, izoluję się i tak mogłabym pierdolić jeszcze przez kolejne sto linijek.

Ciało nadal bardzo mnie boli. Do bólu serca i bólu między łopatkami doszedł ból kręgosłupa. Jest fajnie. Poza tym dzisiaj na spacerze mój pies postanowił kuleć, ale kiedy już chciałam z nim biec do weterynarza to nagle mu minęło. Także tak. Dobry z nas team. Jak się sypie jedno to drugie nie zostawia go i trwa w marazmie wspólnie. Nic mi się nie chce. Jestem na takim etapie, że chciałabym po prostu nie istnieć. Nie w tym sensie, że mam zamiar coś sobie zrobić, bo nie mam, jeszcze mam w sobie wolę walki o życie, ale jestem już tak bardzo zmęczona tym wszystkim co się od tego pierdolonego roku dzieje, że mam po prostu dość. Tak po ludzku. I tak po ludzku czuję złość, zmęczenie i bezsilność. I czasami mam ochotę się poddać, ale jeszcze trochę powalczę, bo mam dla kogo.

Bye.



0
0
0.000
0 comments