Dziennik #91/2026 - wariuję

Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Długo dzisiaj będzie. Długo, bo dużo się we mnie dzieje.
Wczoraj nastrój był iście euforyczny do wieczora i nie zapaliła mi się za bardzo czerwona lampka. Ucieszyłam się, że po tygodniach zgnilizny czuję się w końcu lepiej. Nadmiar emocji wieczorem sprawił, że odpaliła mi się nadaktywność i pierwotnie miałam w planach po prostu sobie siedzieć w domu i czekać aż zasnę, ale kumpel wyciągnął mnie na spotkanie. Wyszłam z domu o 23 i można śmiało przyjąć, że nie jest to dobra godzina na wychodzenie z domu. Zanim do niego dojechałam do Kostrzyna nad Odrą to trochę minęło. Poszliśmy na niemiecką stronę granicy, ale cofnęliśmy się, bo było dużo straży granicznej, a nie byłoby pożądane, gdybyśmy zaliczyli jakąś kontrolę. W każdym razie ja byłam pobudzona w stopniu aż niezdrowym, a do tego przywaliłam jeszcze Redbulla i dwa Monstery. Ogólnie dobrze spędziłam czas. Po północy zaczynał się znienawidzony przeze mnie i bardzo bolesny dzień matki i dobrze, że nie byłam sama. Bardzo dobrze. Pogadaliśmy o dupie Maryny i wróciłam do domu. Było chyba koło 3 jak weszłam do mieszkania. Po pierwsze nie opłacało mi się kłaść skoro za godzinę zadzwoniłby budzik, a po drugie i tak byłam zbyt pobudzona na spanie. Nadal nie zapaliła mi się czerwona lampka.
W pracy bardzo się wzruszyłam, ponieważ w ten przeklęty dzień matki mam imieniny i moja asystentka upiekła dla mnie przepyszne ciasto. Ludzie mnie wyściskali i takie tam, bla, bla, bla. W pracy jak w pracy. Pożar gonił pożar, ale ja to lubię. W każdym razie już w pracy zaczęły dziać się ze mną złe rzeczy, bo nastrój przeskakiwał mi od niezdrowej euforii i pobudzenia do tak głębokiej depresji, że chciałam wyjść z pracy nawet bez zgody kierownika. No i tu już do mnie dotarło, że się znowu rozbujałam.
Wróciłam do domu i już tylko było szorowanie ryjem po ziemi. Chociaż troszkę ta depresja działała symultanicznie z tlącą się jeszcze euforią. Jestem zmęczona. Zmęczona sobą i swoim życiem. Może i obiektywnie mam zajebiste życie, ale nikt nie wie jaki ciężar muszę dźwigać. Nikt nawet nie jest zainteresowany, żeby się tego dowiedzieć. Z osób, które wiedzą, że choruję to wszyscy mi tylko mówią, że mam łykać tabletki i chuj, a co ja czuję, przeżywam i jak ciężko jest mi dźwigać chorobę na barkach to już nikogo nie obchodzi. Mam tylko trzymać się w pionie i nie odpierdalać, a to co tam mnie po drodze spotyka no to już jest moje zmartwienie. Aktualnie jestem rozsypana kompletnie i to co podpowiada mi głowa to odstawienie leków, bo skoro i tak nie działają tak jak powinny i mam kompletnie zniszczony komfort życia to po co niszczyć wątrobę i nerki.
Ostatnio pisałam, że czuję się jakbym wpadła do oceanu i po prostu tonę. No to dzisiaj czuję, że moje życie osiągnęło dno tego oceanu, a z racji tego, że nie umiem pływać to nie ma żadnych szans na to, że się wynurzę. Brakuje mi tchu, nie mogę jeść, drżą mi mięśnie, ale nie mam siły płakać. Zamroziło mnie. W sercu i duszy czuję tylko lód, pustkę i obojętność, bo ja już po prostu mam dość. I teraz jestem rozsypana i ciężko mi się utrzymać przy życiu, a czuję, że za parę godzin może być znowu pstryk i mnie wyjebie w powietrze euforia. Mam dość takiego życia.
Ten pierdolony dzień matki mnie wykańcza. Nienawidzę tego dnia. To już 15 dzień matki bez mojej matki i chyba muszę być naprawdę chujowym człowiekiem skoro własna matka nie dość, że nie chce mnie znać to jeszcze jakby mogła to by mnie utopiła w łyżce wody.
Tonę.